
W tej części naszej relacji z wędrówki po relikwie dla kościoła św. Barbary w Ropczycach zaprezentujemy kolejne ważne miejsce: Sanktuarium w Świętej Wodzie i jego twórcę ks. Wacława Rabczyńskiego.
(na zdjęciu: Góra Krzyży w Świętej Wodzie).
Współczesny rozwój Sanktuarium w Świętej Wody zawdzięcza się m.in. Papieżowi JP II, który w Białymstoku 26.07.1998 r. wypowiedział słowa: „Święta Woda brzegi rwie”. Ojciec Święty wówczas pobłogosławił czczony obecnie przez wiernych w Świętej Wodzie wizerunek Matki Bożej Bolesnej. Ta mała miejscowość, to dawna część parafii Wasilków, który jest dalekim przedmieściem Białegostoku, swoją nazwę zawdzięcza słynącemu od wieków „cudownego źródełka”. Pierwsza udokumentowana wzmianka o tym miejscu pochodzi z roku 1719, kiedy to pozostający przez dwa lata w ślepocie szlachcic imieniem Bazyli nagle cudownie ozdrowiał po obmyciu wodą ze źródełka na uroczysku nazwanego później „Świętą Wodą”. Z wdzięczności wybudował on nad źródełkiem drewnianą kaplicę, którą Bazylianin z Supraśla poświęcił za błogosławieństwem opata metropolity unickiego Abpa Leona Kiszki.
W roku 2000 Święta Woda była Sanktuarium Jubileuszowym Roku Świętego Archidiecezji Białostockiej. Znakiem szczególnym tego czasu łaski jest rozwijająca się Góra Krzyży zwana też „Górą Bożego Miłosierdzia”, z Jubileuszowym Krzyżem Pielgrzymów (wysokości 25 m) oraz z krzyżami w kościele, pobłogosławionymi w Watykanie przez Jana Pawła II w dniach: 6 marca i 4 października 2000 r. W roku 2002 r. w 100-lecie urodzin Księdza Wacława Rabczyńskiego rozpoczęto remont kościoła, wybudowano Dróżki Siedmiu Boleści i odnowiono Kapliczki Różańcowe. Sanktuarium dostało też piękną iluminację groty, Góry Krzyży, kapliczek i położonego malowniczo w otoczeniu lasów kościoła. Kult Matki Bożej Bolesnej ściąga do tego cudownego miejsca katolików obrządku greckiego i łacińskiego. Od chwili poświęcenia kaplicy przebywali przy niej pustelnicy bazyliańscy. W rozwoju katolickiego kultu w Świętej Wodzie ważnym wydarzeniem było nadanie przez Stolicę Apostolską dnia 18 stycznia 1778 roku przywileju odpustowego. Od tego czasu przybywający tutaj na Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Bolesnej oraz w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, mogą dostąpić łaski odpustu.
Okres II wojny światowej wpłynął bardzo niekorzystnie na stan kaplicy, która od początku 1940 roku została zajęta przez Armię Czerwoną i następnie została przez nią zbezczeszczona, zrujnowana i po części spalona. Po zakończeniu wojny aż do roku 1949 murowana kaplica pozostawała w całkowitej ruinie. Prace przy jej odbudowie powierzono ks. Wacławowi Rabczyńskiemu – najpierw wikariuszowi, a od 1951 roku proboszczowi parafii w Wasilkowie. Od tego momentu zaczął się nowy, znamienny okres w historii Świętej Wody. Pierwszą inwestycją była budowa Groty MB z Lourdes we Francji. Druga wielka inwestycja to Kalwaria Świętowodzka, której budowę zainicjowano w 1955 r. Rozpoczęto ją od wybudowania 7 ołtarzy Męki Pańskiej na przyległych wzgórzach. Poczynania księdza Proboszcza wywołały zaniepokojenie władz komunistycznych. W 1956 r. zniszczono stację Męki Pańskiej. Ocalały figury w obrębie Świętej Wody i cmentarza grzebalnego, gdzie w czerwcu 1969 r. złożono ciało księdza Wacława Rabczyńskiego. Po nawiedzeniu w Świętej Wodzie dnia 22 marca 1996 r. Figury Matki Bożej Fatimskiej, nastąpił dynamiczny rozkwit tego miejsca. W 1997 r. przy Sanktuarium powstała Góra Krzyży i Pomnik III Tysiąclecia. Obecnie jest tu parafia, która prowadzi m.in. Dom Turystyczno-Pielgrzymkowy, gdzie mieliśmy nocleg i wyżywienie.
Tak więc budowniczym tego szczególnego sanktuarium na przedmieściu Białegostku, jest ks. Wacław Rabczyńskim, którego tak wspomina Halina Wiszowata:
Do Wasilkowa, gdzie przeprowadziła się cała moja rodzina przyjechaliśmy w latach 60- tych. Miałam wtedy 9 lat. Proboszczem ówczesnej parafii, był św. pamięci ks. Wacław Rabczyński. Już wtedy oczami dziecka postrzegałam go jako niezwykłego człowieka, osobowość. Emanował spokojem, ciepłem, dobrodusznością i skromnością, jednocześnie szedł z duchem czasu. Cieszył się, że młodzież się rozwija i szuka nowych dróg prowadzących do Boga.
Pamiętam jak po lekcji religii, która była wówczas w kościele ks. Piotr Bożyk, zaprosił nas na plebanię, żeby pokazać sprzęt muzyczny, który właśnie zakupił. Wyszedł do nas ks. Wacław, bardzo radosny z rozmierzwionymi ciemnymi włosami w okrągłych okularkach zwanych „lennonkami” w pocerowanej mocno zużytej sutannie. Tak go zapamiętałam. Pokazał nam plebanię, przedstawił swoją gospodynię panią Zosię, pożartował z nami. Utkwił mi w pamięci jego pokoik . Uderzyła mnie skromność oraz prostota wyposażenia tego wnętrza. Bardzo proste metalowe łóżko, szafka nocna, na której stał krzyżyk, klęcznik, na którym leżał brewiarz i krzesło. Na ścianie wisiał obraz Matki Boskiej Bolesnej namalowany przez matkę księdza Helenę Rabczyńską. Zupełnie nie przywiązywał wagi do dóbr materialnych. Wszystkie środki jakie zdobywał przeznaczał na budowę nowego kościoła. Nie brakowało mu też energii. Na swoim motocyklu, z którym się prawie nie rozstawał, pędził jak strzała. Poły gumowanego czarnego płaszcza rozwiewały na boki. Sprawiał wrażenie lecącego nietoperza.
Gdy przyjechaliśmy do Wasilkowa trwała już budowa nowego kościoła. Stary kościółek nie mieścił wszystkich parafian w swoim wnętrzu. Zwłaszcza w upalne lato wiele wiernych stało za zewnątrz kościoła. Widziałam jak ks. Wacław chodząc z tacą, rozmawiał z ludźmi, z dziećmi. Jeżeli na tacę położono banknot 100 zł. wydawał resztę mówiąc: „oj chyba to za dużo dziecinko”. Znał swoich parafian i wiedział kogo na ile stać. Potrzebował pieniędzy na budowę, ale nie był bezwzględny. Pogrzeb odprawił za darmo jak widział, że gromadka dzieci i bieda. Zwykle mawiał „zostaw dziecinko te pieniążki dla swoich pociech na mleko.” Tak , ksiądz znał swoich wiernych i liczył się z ich zdaniem, szanował wszystkich ludzi bez względu na wyznanie, status społeczny i umiał z nimi rozmawiać.
Był wielkim budowniczym, dobrym organizatorem, a jego zamiłowanie do sztuki i architektury sprawiły, że podjął się bardzo trudnego na tamte czasy wyzwania. Samo załatwienie pozwolenia na budowę obiektu sakralnego w czasach komunistycznych graniczyło z cudem. Udało się dzięki jego wielkiej cierpliwości drążeniu tematu, dyplomacji. Sam wspominał w rozmowie z kowalem i moim tatą, siedząc w kuźni na pniu i rysując na klepisku różne wzory np. świeczników, że „wyganiali go drzwiami a on wchodził oknem.” Towarzyszyły temu często bardzo dosadne słowa, ale się nie poddawał. Zamykano mu drzwi” przed nosem”, przychodził na następny dzień. Ówczesne władze partyjne były bardzo zmęczone jego natarczywością, i nie wiedziały co z tym zrobić. Na kolejnym spotkaniu z władzami jak wspominał ks. Wacław, jeszcze raz przedstawił swoje argumenty. Jednym z wielu był argument niepodważalny. Ksiądz Wacław chce wybudować tę świątynię jako pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego jako, że zbliżały się obchody tej rocznicy. Jakie było wielkie zdumienie, gdy wreszcie otrzymał pozwolenie na budowę.
Ojciec mój miał motocykl który potrafił rozebrać do ostatniej śrubki i sam go naprawić. Dbał o niego jak o najcenniejszy skarb. Pasją księdza też był motor, wymieniali więc uwagi i wiedzę na ten temat. Głównym jednak tematem była budowa kościoła, który powstawał głównie z kamienia i metalu. Ksiądz był często w kuźni z nowymi rysunkami, pomysłami, czasami coś rysował na klepisku i mówił do kowala: .”Roman patrz i zapamiętaj, tak chyba będzie dobrze”. Miał swoje wizje, ale też radził się innych. Widząc zaangażowanie mego ojca w prace kowalskie na rzecz kościoła oraz zamiłowanie do metaloplastyki, często pytał go o opinię. Trójka ta stanowiła doskonały zespół. Rozumieli się często bez słów. Czasami gdy kuźnia była zamknięta, ksiądz przychodził do nas do domu, oczekując na kowala rozmawiał z rodzicami, z nami żartował.
W budowie kościoła uczestniczyło wielu ludzi, często bezinteresownie. Zawiązywały się społeczne komitety, które zbierały datki na kościół. Każdy chciał mieć swoją cegiełkę. Wszyscy mieszkańcy darzyli wielkim szacunkiem i zaufaniem swego proboszcza i jeżeli był w potrzebie, starali się mu pomóc. Uroczysta konsekracja nowego kościoła odbyła się 28 grudnia 1966r. Ksiądz Wacław promieniał ze szczęścia. Był zmęczony ale szczęśliwy. To nie koniec jego poczynań, nie usiadł na laurach, dalej miał jeszcze dużo do zrobienia. Różne prace wykończeniowe w kościele zajmowały każdą jego wolną chwilę.
W roku 1968 w grudniu, umiera matka księdza pani Helena Rabczyńska. Strata tak kochanej, ważnej i bliskiej osoby dla księdza jest nie do przeżycia. Ksiądz Wacław bardzo kochał swoją matkę, była ona jego powierniczką, pomagała rozwiązywać wszystkie jego problemy. Nie mógł pogodzić się z jej śmiercią. Znikł uśmiech z jego twarzy, jego oczy były bardzo smutne bez dawnego blasku. Z poczucia obowiązku zajmował się pracami wykończeniowymi w kościele, nadal przyjeżdżał do kowala, ale bez entuzjazmu, tak jakby życie z niego uchodziło. Mówił do nas, że on już nie ma po co żyć. Nigdy szczególnie nie dbał o siebie, bo nigdy na to nie miał czasu, a teraz nie miał chęci. Miał problemy z sercem i nadciśnieniem, ale nie chciał się leczyć. Mama często pytała księdza bo źle wyglądał, czy był u lekarza czy jadł jakiś posiłek? Odpowiedzi nie było. Zapamiętywał się w bólu.
Zbliżał się koniec roku szkolnego 1968/69. Był bardzo upalny czerwcowy dzień. Przyjechałam ze szkoły z Białegostoku, spocona, zmęczona upałem. Mama widząc mnie mówi; ;”jesteś, nalewam Ci kompotu już się chyba schłodził, bo dzisiaj taki upał.” Za mną wchodzi ks. Wacław, pyta o kowala, bo kuźnia zamknięta. Mama zaprasza księdza żeby poczekał u nas, bo kowal był , a pewnie poszedł do sklepu. Mama nalewa szklankę kompotu księdzu. Ksiądz Wacław siada na krześle w kuchni zaraz przy wejściu, to było jego miejsce, ale nie zdążył już tego kompotu się napić. Patrzę a ksiądz osuwa się z krzesła. Narobiłam krzyku podbiegłam, próbowałam z mamą przytrzymać go, ale nie dałyśmy rady. Ksiądz stracił przytomność a jego ciało stawało się coraz bardziej bezwładne. Nasze krzyki o ratunek, usłyszeli za ścianą sąsiedzi i przybiegli nam z pomocą. Mimo akcji ratowniczej pogotowia ks. Wacław nie wrócił do nas. Odszedł do Pana 19 czerwca 1969 r. Ciało jego zostało złożone w grobowcu obok jego matki na wasilkowskim cmentarzu, który też był jego dziełem . Pisząc o ks. Wacławie, ożyły wszelkie wspomnienia dotyczące jego osoby. Myślę, że jest to tylko mały wycinek tego co można by jeszcze powiedzieć. Był „wielkim” człowiekiem. Jego dzieła: kościół pod wezwaniem Matki Bożej Miłosierdzia, cmentarz, sanktuarium Święta Woda, mówią same za siebie.
W podziemiach kościoła znajduje się Izba Pamięci poświęcona Ks. Wacławowi Rabczyńskiemu. Polecam. Zachęcam też wszystkich do odwiedzenia cmentarza w Wasilkowie, jest wyjątkowy i niespotykany. Wielkie białe rzeźby z wizerunkami biblijnymi oraz cytaty z Pisma Świętego. wprowadzają w zadumę, skłaniają do refleksji i czynią tę nekropolię niepowtarzalną. Co roku w Wasilkowie we wrześniu w kościele zbudowanym przez niezwykłego kapłana, odbywa się Festiwal Muzyki Organowej i kameralnej im. ks. Wacława Rabczyńskiego. Koncerty są na bardzo wysokim poziomie i są też w jakimś sensie hołdem złożonym temu wspaniałemu człowiekowi.
Piękne i ważne miejsca, na pewno warte osobistej obecności.
(opr. SW)